|
Po powrocie z urlopów
nasze życie uległo zmianie. Zajęcia do 14.30, apel, 15 obiad i róbta
co chceta. Zdarzały się nieliczne wyjątki ze mieliśmy po obiedzie
jakieś zajęcia ale było to naprawdę sporadyczne. Na posiłki
udawaliśmy się sami całą drużyną bez nadzoru plutonowych, a w
późniejszym okresie w luźnych grupkach. Po raz pierwszy miałem
okazje "zasmakować" służby dyżurnego. Czekała nas także służba
wartownicza!. Podczas tego miesiąca na własnej skórze przekonałem
się jak męczące i nudne mogą być obowiązkowe wykłady. Naprawdę
spędzenie 8 godzin na w sali było bardzo meczące. Najbardziej
meczących wykładowców nazywaliśmy „zaklinaczami węży” Zdążyłem
znienawidzić „pentagon”. Kilka razy także zabłądziliśmy w jego
zawiłych korytarzach. Jedynym plusem tych zajęć było to ze nauczyłem
się spać dosłownie w każdej pozycji nawet na oczach prowadzącego.
Nasza drużyna
zasłynęła z oryginalnego wykonania piosenki "Histori jednej
znajomości". Nie dość ze piosenka ta nijak nie pasowała to
żołnierskiego życia, to jeszcze po każdym refrenie "Biały" po naszym
"szalalalala dorzucał swoje "paum". Przez ta piosenkę nasz kapitan
wylądował na dywaniku u kierownika Kursu, za co mieliśmy oczywiście
przechlapane. Ale zyskaliśmy także życzliwość podchorążych WSO,
którzy jeszcze z taka "żołnierska" piosenka się nigdy nie spotkali.
Wkońcu doczekaliśmy
się także zajęć z BWP-ami. Jedne z nich miały następujący przebieg.
Przed zajęciami
zostaliśmy podzieleni na dwie grupki. Pierwsza w której byłem ja
miała udać się na pas taktyczny BWP-em druga natomiast Starem.
Podczas jazdy towarzyszyły nam bojowe krzyki wraz z każdym większym
dołem:) Zajęcia miały polegać na dojechaniu BWP-em na określone
miejsce, wybiegniecie z wozu i osłanianie go ogniem z kbkAKms. Po
wykonaniu naszego zadania szybko wróciliśmy do wozu , zamknęliśmy
włazy i jazda! W pewnym momencie BWP zatrzymuje się a ja bojowo
krzyczę do „Suchego” siedzącego przy drzwiach „wypierdaaaaaaaalaj!!!”.
Suchy otwiera drzwi i wyskakuje. Ja już nogi wystawiłem i BWP nagle
ruszył. Ud ze drzwi nie zatrzasnęły się na moich nogach. Z tak
otwartymi drzwiami jechaliśmy jakieś 200 metrów a biedny „Suchy”
leciał za nami
J.
Jest naprawdę super. Na kolejnej godzinie zajęć idziemy w nieznanym
kierunku na zajęcia z plutonowym J. Tam strzelamy po raz pierwszy z
PK ("ślepakami"). Oczywiście na apelu w dniu następnym zajście z
BWP-em było skomentowane przez majora H. Pouczył nas o zasadach
bezpieczeństwa.
Nudne zajęcia w "penatgonie"
przerwało wielkie wydarzenie - służba wartownicza. 2 dni przed
służba zostaliśmy poddani sprawdzianowi pisemnemu z prawa użycia
broni oraz praw i obowiązków wartownika.
Podchorążowie z
WSO wiedzieli ze obejmujemy warte i w obawie przed nami woleli
jednak nie opuszczać murów szkoły przez plotJ
Przed wyjściem na odprawę zapakowaliśmy niezbędne rzeczy w plecaki.
Na odprawie oficer dyżurny jednostki przepytuje nas wyrywkowo. Dały
znać o sobie nerwy! Nawet „Doktor” który jak zawsze był wykuty na
blachę wykazywał bardzo duże poddenerwowanie. Podczas odgrywania
scenek sytuacyjnych dochodzi do komicznej sytuacji kiedy jeden z
kolegów udających napastnika naprawdę uderzył ”Geografa” udającego
wartownika w plecy, tak ze ten padł na ziemieJ
Później o tym długo krążyły plotki wśród podchorążych WSO.
Następnie udajemy się
na wartownie. Służbę przejmujemy od żołnierzy służby zasadniczej
wiec wszystko idzie sprawnie. Rozpakowujemy się i zaczynamy
służbę. Mi przypadł w udziale posterunek 3 zmiana 2. Posterunek 3 to
jest park sprzętu technicznego. Na posterunek wychodzę w godzinach:
21-23, 03-05, 9-11, 15-17. W nocy jest piekielnie zimno! Dobrze ze
ubrałem na siebie kalesony oraz ocieplacz, podwójna parę skarpet i
podwójne rękawiczki. Mój posterunek sąsiaduje z 2 wiec mogę sobie
trochę pogadać z „Maliszem”. W pewnym momencie zauważyłem zbliżające
się dwie postacie! Zdenerwowany zdjąłem karabin i krzyczę ”służba
wartownicza – stój kto idzie!!!” nie słysząc odpowiedzi powtarzam
regułkę. Po chwili okazuje się ze jest to patrol „Ucho” i „Geograf”.
Chłopaki nieźle się przestraszyli, zresztą ja też! Później zwiedzamy
w ciemnościach opuszczony zaniedbany i bardzo mroczny w tych
ciemnościach parterowy budynek koszar. Według moich późniejszych
dociekań była to kiedyś stajnia. Po każdym wyjściu mam około 1,5
godziny na sen w gorącej sypialni. Te 1,5 godziny to jakże mało ale
wówczas wydawało mi się bardzo długo. Mogłem spokojnie odpocząć.
Męczyła mnie natomiast zmiana czuwająca. Spędzało ja się w świetlicy
z telewizorem na rozmowach z kolegami. Warta wiec upłynęła bez
jakichkolwiek zgrzytów. Uważam ja za niebywale przeżycie. Po warcie
która zdaliśmy około 20 idziemy się umyć i wychodzimy na miasto.
Zmęczenie gdzieś znikneło, zastąpiło je chęć wyjścia i odreagowania
poza mury jednostki. Udajemy się do pubu „13” Wreszcie można
odpocząć posłuchać muzyki , wypić piwko i pograć w piłkarzyki! No i
te Wrocławskie dziewczyny. Wracamy pozna nocą po raz pierwszy na
piechotę. Jak się okaże jeszcze nie raz z nocnych wyjść będziemy
musieli wracać zimna nocą na piechotę do jednostki.
W niedziele wybieram
się z kompanami z sali 18 na miasto. Pierwszy raz mam okazje
zobaczyć centrum handlowe „Korona” w pobliżu jednostki. Następnie
udajemy się do centrum. Tam podziwiam rynek. Jest to jedna z
nielicznych okazji ponieważ rynek dane mi było podziwiać przeważnie
nocą. Robię sobie zdjęcie pod słynnym „Bar-em”. Udajemy się do
„Galerii Dominikańskiej” a tam oddajemy się podziwianiu pięknych
Wrocławianek. Tydzień później obejmuje pierwsza służbę, z piątku na
sobotę. Jako dyżurny, podoficerem był „Doktor”. O 21.45 udaje się na
odprawę dla dyżurnych u oficera dyżurnego jednostki. Tam dowiaduje
się o swoich obowiązkach. Tuz po 22 zjawia się pomocnik oficera
dyżurnego i sprawdza czystość w toaletach i ogólnie porządek na
pododdziale. Na szczęście nie ma żadnych zastrzeżeń. 22.30 idę jako
pierwszy spać co nie jest mi trochę na ręke, ale tutaj rządzi
podoficer. Kiedy „doktor” przychodzi mnie obudzić o 1.30 w nocy
myślałem ze go rozszarpie!!! Noc minęła mi szybko i spokojnie dzięki
laptopowi „Doktora” Jeszcze rano sprzątam rejony zewnętrzne i mogę
się położyć na 2 godzinki. Służbę wspominam jako cos bardzo
meczącego. Pod koniec miałem już naprawdę dość ale nie przeszkadzało
mi to w niczym aby wieczorem udać się do „Columbusa”. Właśnie to
miejsce wspominam bardzo milo. Super muzyka super dziewczyny, eh. Z
lokali jakie jeszcze we Wrocławiu odwiedziłem to miedzy innymi
"Parowóz". W lokalu tym bałem dwa razy i za każdym razem było super.
Tutaj bawiłem się po raz ostatni we Wrocławiu. Nie będę opisywał
wszystkich moich nocnych wypraw ale było tego trochę. Każde nocne
wyjście na miasto wspominam bardzo miło i będę je miał długo w
pamięci. Jedynym minusem były powroty na piechotę w zimna noc, ale
to także miało swój urok. Ogólnie we Wrocławiu bawiłem się świetnie.
Chyba tutaj właśnie odbiłem sobie czas studiów.
Nadszedł czas kiedy to
nasza drużyna obejmowała pododdział alarmowy. Od godziny 18 przez 24
godziny mieliśmy być gotowi na każde wezwanie podoficera dyżurnego.
Przed godzina 21.30 ogłoszono alarm i pododdział alarmowy miał 10
minut aby stawić się przy biurze przepustek. Tam już czekał na nas
pomocnik oficera dyżurnego jednostki. Przepytał każdego ze
znajomości numeru książeczki wojskowej, poinformował o naszych
obowiązkach i nakazał być czujnym. Noc szczęśliwie upłynęła bez
alarmu tak jak i cały dzien.
Milo wspominam zajęcia
z jak to nazywaliśmy BWP-ów. Prowadzący uprzedził nas abyśmy zabrali
ze sobą na zajęcia kiełbaski, chleb itp. Miało być po prostu
piknikowo. I tak było! Naprawdę trójka prowadzących te zajęcia to
nieźli goście. Zajęcia były prowadzono przy pięknej pogodzie na
całkowitym luzie. Pokazano nam jak wyciągnąć utopionego w błocie
BWP-a, oraz zasady działania wyciągarki w Starze. A później już
ognisko i rozmowa na luzie. Bardzo miło wspominaliśmy te zajęcia tak
samo jak zajęcia z topografii. Zostaliśmy na nie zabrani Starem.
Następnie 40 minutowe wprowadzenie na pasie taktycznym i podział na
dwie grupki. Zostaliśmy wywiezieni gdzieś w nieznanym kierunku i
musieliśmy wrócić korzystając z mapy i busoli we wskazane miejsce.
Jak to z nami bywało najpierw udaliśmy się pół kilometra w
przeciwnym kierunku aby odwiedzić sklep w pobliskiej wsi.
Wzbudziliśmy spore zainteresowanie wśród mieszkańców. A potem
wymarsz do docelowego punktu. Trochę nam czasu to zajęło ale
szczęśliwie dotarliśmy do celu.
Na zajęciach z majorem
S. mieliśmy okazje zaznajomić się z materiałami wybuchowymi.
Poznaliśmy budowę ładunku wybuchowego, sposób przyrządzania
zapalnika oraz każdy z nas miał okazje odpalić swój ładunek
wybuchowy. Przeżycie piorunujące!!! Najpierw sporządzenie zapalnika,
następnie tyralierą 7 podchorążych podchodzimy do miejsca detonacji.
Tam każdy kładzie swój ładunek. Odpala zapałkę i podpala lont.
Następnie spokojnym krokiem oddalamy się na bezpieczna odległość. I
nagle wybuch, kolejno liczymy jest 5. Odczekujemy 10 minut po czym
wracamy na miejsce. Jedne z ciekawszych i emocjonujących zajęć.
Szybko w udziale
przypadł nam kolejny pododdział alarmowy. Tym razem przed 22 i około
23 ponownie byliśmy wzywani do oficera dyżurnego jednostki. Za
pierwszym razem zrobiliśmy to zbyt wolno według niego. Noc minęła
spokojnie. W dzień mieliśmy zajęcia na poligonie. Niestety
zapomniałem zabrać drugiego śniadania które nieraz ratowało mnie
przed głodem na zajęciach. Głodny wkońcu doczekałem się obiadu.
Pamiętam nawet co było. Kapuśniak, kotlet mielony smażona marchewka
i prawdziwe ziemniaki. A do tego wszystkiego pączek. Zdążyłem
skosztować jednej łyżki zupy gdy wpadł dyżurny z krzykiem ze za 10
minut mamy zbiórkę pod biurem przepustek!!! Zdążyłem chwycić tylko
pączka i pobiegłem na kompanie wspominając obiad jaki mnie ominął.
Gdy zdążyliśmy dobiec do biura przepustek, pomocnik oficera kazał
nam ładować się Stara. Dowiedzieliśmy się ze będziemy gasić pożar na
pasie taktycznym. I rzeczywiście po dojechaniu zobaczyliśmy duży
ogień, z którym walka zajęła nam półtorej godziny. Dodam ze do walki
posłużyły nam łopaty i resztki śniegu. Walczyłem z ogniem cały czas
wspominając obiad. Po ugaszeniu ognia zostaliśmy zabrani pod
stołówkę, gdzie dzięki interwencji pomocnika oficera wydano nam
dodatkowe porcje obiadowe!!! Z ogniem przyszło mi walczyć jeszcze
raz kiedy to zamiast instruktażu do służby u szefa kompani chwyciłem
za łopatę i pobiegłem jako ochotnik gasić pożar tuz za parkiem
sprzętu technicznego.
Na dwa tygodnie przed
zakończeniem kursu przypadła mi druga służba. Eh bardzo starałem się
jej uniknąć lecz się nie udało. Służby akurat wspominam najgorzej z
całego szkolenia, mało snu, zmęczenie i znużenie. tym razem byłem
podoficerem i odpowiadałem za porządek na kompanii. Udałem się na
odprawę, na której szczęśliwie nie byłem odpytywany z moich
obowiązków. Spotkałem tutaj byłego podchorążego SPR który odbywał
właśnie 3 miesięczne przeszkolenie w ramach SOR. Trochę opowiedział
mi o swoim szkoleniu i tego co może mnie czekać na praktykach. Około
22 idę na krotka odprawę oficera dyżurnego jednostki na której
jestem pouczony o obowiązkach. Tym razem idę spać jako drugi co jest
owiele wygodniejsze, także ze względu na to ze akurat w moim pokoju
obywa się mała imprezka wiec i tak nie mógłbym spać. W nocy
opisywałem zdarzenie które było dla mnie bardzo zastanawiające, a
miało miejsce podczas jednej z imprezek organizowanych w sali 22.
Jeśli kogoś interesują te wydarzenia może o tym poczytać
tutaj. Podczas
służby po raz pierwszy miałem do czynienia z wydawaniem i
przyjmowaniem broni z magazynu. Na koniec służby wykazałem się mała
złośliwością. A muszę zaznaczyć ze bardzo rzadko się denerwuje. Otóż
przez cala służbę mój dyżurny migał się od pracy i wszystko było mu
źle. Na koniec służby poprosiłem go po koleżeńsku by posprzątał dwie
toalety. Zrobił to ale z wielka laska. Więc wyszedłem na zewnątrz
budynku, wybrudziłem swoje opinacze w błocie i tak przeszedłem się
po każdej z toalet. Następnie poszedłem po dyżurnego, który był już
przebrany do mycia! (heh) i kazałem mu posprzątać kible bo źle to
zrobił. Z wielka łaską poszedł sprzątać a jak zobaczył syf w
kiblach chyba się zorientował ze to ja mu zrobiłem taką przysługę.
Miło wspominam
sytuację w której po raz pierwszy przespałem około godziny w
ubikacji. A zaczęło się od tego że wyszedłem do "pentagonu" do
biblioteki. Tam spędziłem około pół godziny a gdy wróciłem na
kompanię ani żywej duszy! Trochę zdziwiony poszedłem do ubikacji a
tutaj dwa z trzech kibli zajęte. Pukam nikt nie otwiera i nie
odpowiada. Zajrzałem z góry a w jednym siedział "Major" a w drugim
"Kapral". Gdy mnie zobaczyli mówią żebym się schował do trzeciego
kibla po cała kompania poszła sprzątać rejony zewnętrzne.
Rzeczywiście gdy wyglądnąłem przez okno wszyscy w pocie czoła
grabili liście. Więc schowałem się do wolnego kibla i oddałem się
przyjemnej drzemce. Spałem tak aż wszyscy wrócili. Wówczas
bezpiecznie udałem się do sali.
Końcowy okres naszego
pobytu w WSO wspominam jako męczące codzienne pisanie planów pracy i
konspektów, których znajomość miał nam być niezbędna na praktykach.
To jednak nie przeszkodziło nam w tym ażeby urządzić imprezkę w
mojej sali o której dowiedział się sam komendant WSO!!! Co wówczas
wyczynialiśmy wiedzą tak naprawdę tylko koledzy z kompani. A działo
się oj działo!
Nieubłaganie zbliżał
się czas egzaminów i naszego pożegnania murami WSO. Straszono nas
że jeśli nie zdamy egzaminów nie będziemy wysłani na praktyki lecz
na normalna służbę zasadnicza. Osobiście w to nie wierzyłem, lecz
byli tacy którzy przejęli się tym faktem bardzo. Egzaminy miały być
bardzo ciężkie i sprawdzające nasza wiedze w każdym szczególe.
Na początku odbył się
egzamin z WF-u. Podciąganie na drążku, brzuszki itd., oraz bieg na
3000m w mundurze. Musze się pochwalić ze udało mi się tutaj osiągnąć
4 czas a to dzięki wielkiej pomocy "Białego". Kolejne dwa dni to
egzaminy teoretyczne które jak się okazało nie były takie straszne.
Oczywiście wszyscy zdali.
Nadszedł dzień wyjazdu
poprzedzony impreza w pobliskim "Drink Barze". Niektórzy jeszcze
bardzo "wczorajsi" udali się na uroczysty pożegnalny apel, oraz
rozdanie świadectw zakończenia Kursu Szkolenia Rezerw. Rozdanie
świadectw odbyło się w sali kina. Następnie udajemy się na kompanie
by do końca się rozliczyć. Sala została przez nas wypicowana na
błysk. Wszystkie cywilne plecaki wynieśliśmy na korytarz. Nasza
pusta sala wyglądała już jakoś bardzo obco. Żal mi się zrobiło
opuszczać muru mojej kompanii. Jako pierwszy jakimś cudem udałem się
po bilet i praktycznie mogłem już jechać do Szczecina. Jeszcze tylko
dowódca drużyny sprawdził porządki w salach i dostałem w swoje ręce
rozkaz wyjazdu. Paweł kolega ze Świnoujścia zadzwonił po taksówkę.
Razem z nim oraz z Piotrkiem tez ze Świnoujścia pożegnaliśmy się z
kolegami i pojechaliśmy na dworzec. Z Piotrkiem i Pawłem przypadło
mi odbywać praktyki w JW1749 w Szczecinie. Praktyki na których
według naszej kadry dane nam będzie zobaczyć prawdziwe wojsko.

|