Kurs Szkolenia Rezerw


unitarka

wojskowe życie

praktyki

galeria

dźwięki

twórczość Cezarego


Ćwiczenia wojskowe w rezerwie


8 Batalion Saperów Marynarki Wojennej w Dziwnowie


Kurs Przeszkolenia Kadr Rezerwy Dowódców Kompanii Zmechanizowanych


Oficerskie pagony


Mianowanie na pierwszy stopień oficerski Wojska Polskiego



Praktyki




Praktyki miałem odbyć w 12 Brygadzie Zmechanizowanej w jednostce 1749 w Batalionie Sił Szybkiego Rozwinięcia ONZ "SHIRBRIG". W jednostce którą widzę z okna mojego pokoju, a na pobliskim pasie taktycznym spędziłem dzieciństwo. O godzinie 12 musiałem stawić się w Sztabie 12 Dywizji Zmechanizowanej. Tam dostałem imienne skierowanie do wyżej wymienionej jednostki. Oprócz mnie trafiło tam jeszcze siedmiu podchorążych. Po przyjechaniu na miejsce jeden z dyżurnych Biura Przepustek zaprowadził mnie do sztabu brygady gdzie miał zająć się mną chorąży ewidencyjny. U niego oczywiście totalne zamieszanie, ponieważ nikt w jednostce nie wiedział ze będziemy tutaj odbywać praktyki. Razem z Piotrkiem i Pawłem (kolegami z jednej drużyny z KSR we Wrocławiu) zostaliśmy przydzieleni na drugą kompanie zmechanizowaną. Mi w udziale przypadło dowodzenie 2 plutonem zmechanizowanym. Po wszystkich formalnościach zostaliśmy zaprowadzeni na krótkie spotkanie z dowódcą batalionu, na którym powiadomiono nas o naszych obowiązkach. Pokrótce również przedstawiliśmy swojej osoby. Po spotkaniu kierujemy się na naszą kompanie. Tutaj zostajemy ulokowani w świetlicy, w której siedzą dwaj chorzy żołnierze i oglądają TV. Nasz pobyt w świetlicy przedłużał się. Postanowiliśmy zwiedzić nasza kompanie. Poraził nas przede wszystkim smród. Jednak do niego szybko się przyzwyczailiśmy my a nawet po zakończeniu przygody z wojskiem brakowało nam zapachu naszej kompani. Kolejna rzecz to sale żołnierskie. Brudna pościel, koce, gołe deski w podłodze zepsute drzwi. To we Wrocławiu było nie do pomyślenia. Całości dopełniła wizyta w WC. Drzwi bez klamek, brudne kible, cieknąca woda z pisuarów. We Wrocławiu to były wczasy, tutaj prawdziwa żołnierska rzeczywistość. W pewnym momencie usłyszeliśmy dochodzące spod okna świetlicy krzyki. To pluton wrócił z zajęć na pasie taktycznym. Widok tych żołnierzy trochę mnie przerażał. Objuczeni oporządzeniem oraz bronią, potężni jakby z innego świata wydali mi się jacyś groźni. Dreszcze mnie przechodziły na samą o myśl o tym  że ja mam nimi dowodzić. Porucznik na nich pokrzykiwał, a wraz z żołnierzami w szyku stał plutonowy oraz chorąży - dowódcy drużyn. Po kilkugodzinnym pobycie w świetlicy nic nowego się nie wyjaśniło. Plutonowy który jak się okazało był szefem kompani poinformował nas że możemy udać się do domów a jutro nami się zajmie. Piotrek i Paweł dostali propozycje nocowania na kompani lecz z niej nie skorzystali. Kolejnego dnia zostaliśmy powitani przez dowódcę kompani i zostali nam przedstawieni dowódcy naszych plutonów. Moim był ppor. T. Jak się później dowiedziałem absolwent SPR-u w Poznaniu, znienawidzony przez żołnierzy. Następnie spotkanie z dowódca brygady płk. O. Tutaj także pogadanka o naszych obowiązkach, sprawach organizacyjnych oraz po raz kolejny przedstawiamy swoje osoby. Dowiedzieliśmy się że czeka nas egzamin z wiedzy teoretycznej oraz praktycznej zdobytej we Wrocławiu. Ogólnie przez pierwszy tydzień robiliśmy wszystko aby uniknąć wizyty na naszej kompani. W kolejnych dniach zostaliśmy miedzy innymi oprowadzeni po sali pamięci brygady oraz poddani egzaminowi. Sprawdzian teoretyczny to parę pytań z podstawowej wiedzy. Sprawdzian praktyczny to składanie i rozkładanie broni, budowa oraz strzelanie. Oczywiście bezproblemowo zdany. Po egzaminie dowódca batalionu oznajmia nam iż kolejnego dnia mamy zbiórkę o 5.30 ponieważ wyjeżdżamy na poligon do Drawska i to będzie jedyna okazja dla nas by zobaczyć jak wygląda życie na poligonie.

Noc spędziłem poza domem, a mianowicie na izbie chorych w pobliskiej jednostce artylerii samobieżnej. Izba chorych została zaadoptowana na internat dla podchorążych oraz dla żołnierzy nadterminowych. Wizja tak wczesnej pobudki przerażała mnie. Następnego dnia stawiliśmy się przed budynkiem sztabu batalionu o godzinie 5.30. Krótka odprawa i wyruszamy Honkerem do Drawska. Po przybyciu na miejsce okazuje się że towarzyszyć nam będą podchorążowie “logistycy” z WSO Poznań. Na poligonie mamy możliwość podziwiania najnowocześniejszego sprzętu min: armatohaubicy “KRAB”. Jesteśmy także świadkami pokazu możliwosci naszych wojsk na rożnych punktach pokazowych. Na koniec dane nam jest zobaczyć a nawet “dotknąć” Leoparda.

Po pierwszym wprowadzającym tygodniu miało się dla na zacząć życie dowódców plutonów. Szczerze mówiąc czytając wspomnienia byłych SPR-owców sądziłem ze moje praktyki będą polegały na parzeniu kawy i siedzeniu w kancelarii. Jednak bardzo ale to bardzo się myliłem. Mogłem o tym przekonać się na pierwszych zajęciach ze szkolenia ogniowego. Razem z dowódcą mojego plutonu prowadziłem podpunkt nauczania “przyjmowanie postaw strzeleckich z RPG”. Moja rola polegała głownie na obserwacji poczynań żołnierzy i dowódcy. W połowie zajęć pojawił się dowódca kompanii. Popatrzył trochę i zawołał porucznika T. Coś pokrzyczał pomarudził i zawołał mnie. Dowódca kompani spytał porucznika jaka jest moja rola w tych zajęciach. Porucznik odparł ze obserwuje i się uczę. Na to dowódca wyraźnie zdenerwowany krzyknął do mnie “pan nie jest kurwa obserwatorem z ONZ i nie ma obserwować zajęć, a czas na naukę był we Wrocławiu!!!” Przestraszyłem się trochę i zdezorientowany patrzyłem na nich obu. Dowódca kontynuował dalej “proszę prowadzić dalej ćwiczenia panie podchorąży!” W tym momencie uświadomiłem sobie że ja tutaj przez kolejne trzy miesiące na pewno nie będę parzył kawy. Kolejnego dnia mieliśmy całodniowe zajęcia z wykonywania postaw strzeleckich. Akurat pech chciał ze zaczął sypać gęsty śnieg i było potwornie zimno. Podczas tych zajęć starałem się już wykonywać moją funkcję i wydawałem żołnierzom polecenia oraz wskazówki. Przekonałem się także dlaczego żołnierze nie lubią porucznika. Lubił sobie pokrzyczeć oraz dać w kość. Na kompani osławiona była jego “brama czasu” której przejście mogłem zobaczyć podczas zajęć. “Brama czasu” była to metalowa furtka którą żołnierz musiał pokonać czołganiem. Z tym że czołganie rozpoczynał około 100 metrów od furtki. Po przejściu “bramy czasu” porucznik zapominał o wszelkich przewinieniach danego żołnierza.

Do moich obowiązków należało przede wszystkim:

wykonywanie zbiórek plutonu do zajęć (z tym związana jest ciekawa anegdota. Otóż dowódca kompani był bardzo cięty na dowódcę mojego plutonu uważając go za ściemniacza. Zajęcia teoretyczne były przeprowadzane takim systemem że jeden pluton odbywał zajęcia w świetlicy, drugi w jednej części korytarza a trzeci w drugiej. Jedna część korytarza znajdowała się tuż obok kancelarii dowódcy kompani. Porucznik zażyczył sobie abym wykonał zbiórkę na 5minut przed rozpoczęciem zajęć i pluton miał usadowić się w części korytarza oddalonej od kancelarii dowódcy. Ja natomiast przed zajęciami udałem się do kantyny i na komapnie powrociłem praktycznie wraz z godziną rozpoczęcia zajęć. Żołnierze byli tak domyśli że już przygotowali się do zajęć jednak w części korytarza bliżej dowódcy kompani. Porucznik jak to zobaczył wezwał mnie do siebie i powiedział do mnie słowa które na długo zapamiętałe “panie podchorąży nie po to panu kazałem zrobić zbiórkę żeby pan usadowił pluton w tej części korytarza. Teraz będę musiał się kurwa starać bo dowódca będzie wszystko słyszał!!” Oczywiście podczas zajęć porucznik dostał opierdol za niewłaściwe prowadzenie zajęć

prowadzenie plutonu na apel, rozprowadzenie oraz stołówkę (tutaj zawsze miałem pole do popisu. Zawsze chciałem trochę pokrzyczeć i tutaj mogłem dać upust swojemu marzeniu. Pluuuuuuuton stój!!! Dwuuuuuuuszereg lewooooooo front!!! Żołnierzom także się to podobało i podczas każdego przemarszu mówili abym komendy wydawał z takim jajem bo aż im się lepiej idzie.

prowadzenie zajęć polegało głównie na przytoczeniu żołnierzom informacji teoretycznych zawartych w planie pracy.

pełnienie nadzorów porannych lub popołudniowych (jeśli chodzi o nadzory to poranny zaczynał się o 5.30 kiedy to należało poprowadzić zaprawę poranna oraz nadzorować żołnierzy podczas posiłku na stołówce i teoretycznie można było wyjść o 14, jednak to podchorążych nie dotyczyło. My zawsze opuszczaliśmy kompanie po odprawie. Nadzór popołudniowy był trochę męczący i strasznie się dłużył ponieważ w tym czasie od 14 do 22 z reguły nie było już zajęć a samo siedzenie na kompani do ciekawych nie należało. Raz zdarzyło się że miałem nadzór popołudniowy a kolejnego dnia poranny. W takim przypadku nie opłacało się iść do domu i spałem w naszej kancelarii pożyczając łóżko od żołnierzy. Nadzór popołudniowy polegał na pilnowaniu żołnierzy bądź przeprowadzaniu od czasu do czasu 2 godzinnych zajęć oraz prowadzeniu i pilnowaniu ich na kolacji.

wykonywanie planów pracy na wybrane zajęcia. Z tym akurat nie było aż tak dużego problemu bo plany pracy mieli nakazane zawsze wykonywać dowódcy plutonów lub drużyn. Jak już się zdarzyło że musieliśmy wykonać jakiś plan to nie stanowiło to żadnego problemu ponieważ na kompanijnym komputerze znajdowały się wszystkie potrzebne materiały. Najwięcej roboty miałem podczas wykonywania planów pracy na egzamin kończący okres specjalisty dla naszych żołnierzy

Zostaliśmy zaprowiantowani w oddzielnej stołówce dla kadry z której jednak korzystaliśmy tylko my oraz podchorążowie z WSO Poznań. Powiem szczerze ze posiłki były wyśmienite. Jednak po wyjeździe podchorążych nam nakazano chodzić na stołówkę razem z żołnierzami służby zasadniczej. Posiłek niby ten sam ale smakował jakoś inaczej. Na stołówce smród, krzyki wyzwiska i niechlujnie nakładanie posiłku przez kucharza to zdecydowanie zniechęcało do jedzenia. Żołnierzy bardzo zaskoczył fakt iż zawsze ustawiałem się razem z nimi w kolejce po posiłek nie wykorzystując stopnia do tego aby dostać się bez kolejki.

W każdy czwartek odbywał się "dzień techniczny". W jego trakcie żołnierze przez cały dzień czyścili BWP. Było to strasznie nudne i męczące a na początku mojej praktyki bardzo dokuczliwe ze względu na zimno. Podczas jednych zajęć kiedy pogoda była już znacznie sprzyjająca dowódca kompani nakazał mi czyścić BWP-a razem z żołnierzami. Miało to mieć charakter edukacyjny. Zastosowałem się do polecenia dowódcy sprzątając przez godzinę a później zarządziłem w moim plutonie "bezpieczne ściemnianie". Za to właśnie byłem lubiany przez żołnierzy. Miałem z nimi taki układ: kiedy jest w pobliżu ktoś z kadry ja wydaje polecenia a oni je wykonują bez zastrzeżeń, jednak kiedy nie ma nikogo z kadry ściemniamy na całego"

Niektóre z zajęć zapadną mi na długo w pamięci. Jednymi z takich było tzw. "bytowanie" Polegało ono na wymarszu w wyznaczony teren i spędzeniu tam nocy. Na kompani poszła jednak wiadomość ze mamy tylko wymaszerować i wrócić późnym wieczorem. Pech chciał rozpoczęliśmy marsz ze swoim plutonem przez pas taktyczny na którym ćwiczyli żołnierze do wyjazdu do Iraku. Przypatrywał się temu dowódca brygady. Przechodząc koło niego spytał porucznika dokąd idziemy. Ten odparł ze mamy w palnie bytowanie ale mamy tylko wymaszerować i wrócić późnym wieczorem. Dowódca brygady odparł ze jeśli w palnie jest bytowanie to ma być bytowanie. Wyruszyliśmy więc w dalsza drogę a porucznik nakazał wyłączyć telefony aby przypadkiem nie zadzwonił dowódca kompani z rozkazem pozostania w lesie. porucznikowi tez zależało na powrocie na kompanie ponieważ był wielkim fanem Widzewa a ten następnego dnia miał akurat grać w Szczecinie z Pogonią i nie mógł tego przeoczyć. Dodatkowo dokładnie o północy rozpoczynał mu się urlop. Tak wiec maszerowaliśmy około 20 km w jedną stronę w piekielnym upale. Wracając spotkaliśmy trzeci pluton jednak porucznik zabronił się z nimi kontaktować ponieważ oni już byli zaopatrzeni w prowiant i koce i udawali się do lasu. Mogliby nas także powiadomić o tym ze mamy zostać w lesie. My na kompanie mieliśmy wrócić w totalnej niewiedzy. Po powrocie dowódca wydal rozkaz powrotu do lasu wraz ze sprzętem. Porucznik oczywiście juz w tym momencie był przebrany i gotowy do wyjścia. Przyszykowałem więc sobie 2 koce dresy i jedzenie. Rozbiliśmy się w pobliżu jeziora Głębokie. Chorąży M. zbudował świetny szałas z pałatki i gałęzi w wnętrzu którego rozpaliliśmy sobie małe ognisko. Około 1 w nocy udaliśmy się na drzemkę. Oprócz chorążego w szałasie spałem jeszcze z plutonowym K. zaprawionym w bojach na misjach pokojowych. Pobudka o 5 rano, zwijamy obóz i wracamy do jednostki tylnym wejściem. Udajemy się do stołówki a później z powrotem do lasu. Tam w deszczu w ukryciu spędzamy czas do 12 i spokojnie z wykonanym planem wracamy na kompanie.

Kolejnego wymarszu doświadczyliśmy tydzień później. Wówczas to koszary opuścił cały batalion. Maszerowaliśmy w totalnym upale około 30 km. Oczywiście dowódca kompani pomylił drogę i nadłożyliśmy około 5 km. W wyznaczonym tzw. rejonie alarmowym dzięki bogu czekały na nas Star-y, a w gwoli ścisłości to raczej my czekaliśmy na nie około 2 godzin. W tym czasie poszczególne samochody zabierały w kolejności plutony które doszły w wyznaczony rejon. Na szczęście samochody te dowoziły nam także wodę której nam bardzo brakowało. Te dwa wymarsze bardzo zżyły nas wszystkich razem i uważam je za cos wyjątkowego.

Żołnierze bardzo nie lubili zajęć z WF ponieważ prowadził je dowódca kompani i szczególny nacisk kładł na bieganie. A ze byl w tym dobry tak jak i w wielu innych dyscyplinach, a przede wszystkim w karate główny nacisk kładł na bieganie. Zajęcia odbywały się wokół pobliskiego kąpieliska Arkonka. Podczas jednych zajęć miałem poprowadzić rozgrzewkę, czyli jedno spokojne kółeczko. Akurat w tym czasie odbywały się przygotowania do biegów dla młodzieży szkolnej. Zabrałem swoich truchtem a kadra udała się w kierunku mety przy której mieliśmy się spotkać. Pobiegliśmy za zakręt i zarządziłem przerwę na papierosa. Wielce to ucieszyło żołnierzy. W zamian jednak powiedziałem za wracamy ładnym tempem , w wyrównanych czwórkach i ze śpiewem biegowym na ustach. Gdy zbliżaliśmy się do ostatniego zakrętu wydałem komendę do śpiewu. Gdy zbliżaliśmy się do mety ze mną na czele i śpiewem "góóóóóóóóóra skóóóóóóóóra begieesy......." ludzie zaczęli bić nam brawo a mnie przeszły aż ciarki. Bez wątpienia zrobiło to wrażenie na zgromadzonych uczniach oraz na kadrze. I o to chodziło! A o przerwie na papierosa dowódca i tak się domyślił ale efekt końcowy był efektowny wiec nie było tematu.

W jednostce tez doświadczyłem tego co ominęło nas niestety podczas szkolenia we Wrocławiu a mianowicie strzelanie nocne. Całkiem inne wrażenia, całkiem inne zachowania żołnierzy cos wyjątkowego. No i oczywiście ten widok świecących rykoszetów lecących gdzieś w niebo.

Jedne z zajęć odbywaliśmy na tzw. "białym ośrodku". Był to pas ćwiczebny zorganizowany coś na wzór punktu kontrolnego. Tam mieliśmy przećwiczyć różne opcje, od napaści rozwcieczonego tłumu, skryte podejście przeciwnika, oraz odbijanie zakładników. Wszystko to było spowodowane przygotowaniami do wyjazdu do Iraku.

Jako jedyny z podchorążych w jednostce mogłem ponownie skosztować ćwiczeń z materiałami wybuchowymi. Zajęcia te były zorganizowane tylko dla kadry ale zawsze potrafiłem jakoś się zakręcić więc i udało mi się na tych zajęciach być. Jednak porucznik prowadzący zajęcia nie za bardzo wierzył w moje umiejętności i cały czas kontrolował moje ruchy. Jednak obyło się bez zacięć i wszystko poszło jak z płatka. Na koniec zdetonowaliśmy pozostałe ładunki naraz. Efekt był piorunujący a dziura bo wybuchu jeszcze większa.

Przyszedł czas kiedy naszym żołnierzom kończył się okres szkolenia specjalisty. Na strzelnicy został przeprowadzony duży egzamin obejmujący strzelanie oraz wiedze praktyczną. Mi w udziale przypadły następujące podpunkty: norma 1 i 2 z ćwiczenia ogniowego oraz rzut granatem wg ćwiczenia nr 2.  Egzamin jak to w wojsku wszyscy zdali. Dowódca kompani miał jedynie do mnie pretensje o to ze postawiłem zbyt dużo piątek a to nie motywuje żołnierza do dalszego samokształcenia. Po tym egzaminie nasi żołnierze w związku z przegrupowaniem brygady szykującej się do wyjazdu do Iraku zostali wysłani do innych jednostek. W tym momencie rozpoczął się jakby nowy okres w mojej praktyce podczas którego na wszystko położyłem "lachę". Przyszli nowi żołnierze: działonowi i kierowcy BWP. Nie nawiązałem już z nimi takiego kontaktu jak z moja piechota. Byli to cwaniacy którzy przyszli ze szkółki w Międzyrzeczu i od początku moja praca z nimi układała się bardzo źle.

Pewnego dnia kiedy cala kompania wyszła na obsługę sprzętu my z Pawłem postanowiliśmy pójść się poopalać na pobliskie bunkry. Weszliśmy na dach bunkru który porastała bujna trawa i w pięknym słońcu opalaliśmy w samych slipkach! Poniżej pracowali żołnierze przy czyszczeniu ścieżek. Jeden gdy wszedł na górę powiedział tylko "o kurwa total luzing". Te "zajęcia" odzwierciedlają mój stosunek do zajęć w ostatnim miesiącu. Naprawdę nie miałem zamiaru już bawić się z nowym żołnierzami. Po powrocie na kompanie dowódca kompanii  stwierdził ze zajęcia chyba bardzo mi służą bo jestem świetnie opalony. Natomiast jeden z plutonowych spytał gdzie chodzę na solarium:)

W trakcie jednych z zajęć dla działonowych ze strzelania z PKT miałem możliwość oddać 5 strzałów do celu. Wrażenie niesamowite. Ten huk kiedy pada strzał i ogólnie możliwość sterownia działem bardzo mi się podobało. Po zajęciach wracałem w BWP-ie jako działonowy. Kierowca byl jeden z nowych żołnierzy. Przed wyjazdem powiedziałem aby prowadził z "jajem" I ten cwaniaczek tak mnie przewiózł ze mało co z wieżyczki nie wypadłem i kręgosłupa sobie nie połamałem. Dodatkowo cały byłem w oleju i spalonym oleju który wytryskiwał z wydechu.

Dobiegała końca moja praktyka i coraz bardziej wszystko miałem gdzieś. Dużo czasu zaczęliśmy spędzać w kantynie, w której była bardzo mila obsługa a szczególnie córka właścicielki która przyrządzała wyśmienite "bagietki z farszem". Zaczął nas dodatkowo niepokoić fakt ze nikt nie wspomina o naszych awansach. Z początkiem ostatniego tygodnia przybyli nowi podchorążowie SPR-u. Gdy zobaczyłem ich miny przypomniałem sobie nasze początki tutaj. To samo niezadowolenie, strach i tęsknota za Wrocławiem. Wyrazili także zdziwienie że jeszcze nie mamy awansów. Zaczęliśmy wiec działać w tej sprawie. Trzy dni chodzenia i wkoncu wywalczyliśmy awanse oraz certyfikaty ukończenia długotrwałego przeszkolenia wojskowego i co najważniejsze sam egzamin!! Egzaminu wcale się nie spodziewaliśmy tak że dzień przed pożegnaniem z jednostka oddaliśmy mundury!! Jakie było nasze zdziwienie kiedy następnego dnia dowódca kompani poinformował nas że za godzinę wyruszamy na egzamin. Musieliśmy biegiem isć po nasze mundury do chorążego mundurowego. Ale on na nas krzyczał i przeklinał. Wkońcu udaliśmy się na strzelnice. Wraz z nami mieli egzamin sprawdzający taki jak my na początku praktyk nowi podchorążowie. Regulaminy, WF, strzelanie 1 i 2 z kbkAKms. Oczywiście oceny bardzo dobre. Po egzaminie rozliczamy się do końca z obiegówką, odbieramy pieniądze i idziemy na uroczysty obiad z dowódcą brygady. Podczas obiadu krotka symboliczna dyskusja i pamiątkowe zdjęcie w całym gronie, z dowódcą brygady oraz z dowódcą batalionu. Jeszcze zdajemy mundury wracamy na kompanie pożegnać się z kadra i opuszczamy bramy jednostki.

Praktyki uważam za bardzo udane. Doświadczyłem wielu nowych przeżyć. Miłe jest to że z okna mojego pokoju mogę widzieć żołnierzy ćwiczących na pasie taktycznym oraz strzelnicy. Często także spotykam kadrę oraz żołnierzy z mojej kompanii. Ogólnie mój kontakt z wojskiem mam tu na myśli WSO we Wrocławiu oraz praktyki uważam za świetną przygodę. Nauczyłem się także jednej bardzo ważnej rzeczy, a mianowicie " jak robić coś, żeby nic nie robić ale żeby wszyscy myśleli ze to robię":)

 


 

Kantyna


 
w sieci od 02.12.03
 

     gg: 3075279

 

   e-mail

 

 



Opracowanie i treść © Wojciech Chałubiński

2003/2010